Domowy wegański ramen

Ostatnio mam niepohamowaną ochotę na zupkę chińską typu instant. Na studiach potrafiłam jeść to codziennie, ale po zmianie swojej diety staram się unikać takich rzeczy. Ale co takiego było w tym „daniu” co tak bardzo mi smakowało? Chyba połączenie makaronu z bardzo przyprawionym bulionem (przyprawy to jedno, ale ja dodatkowo uwielbiałam doprawiać swoje zupki) oraz tłuszcz, który miał imitować aromatyzowany olej. Czemu nie zrobić tego lepiej, zdrowiej, smaczniej i pyszniej? A do tego wykorzystując to, co mam w lodówce? Tak, dziś pokażę Wam przepis, który w sumie zajął mi około 2 godziny gotowania (które ostatecznie spędziłam na siłowni pozwalając garnkowi zrobić robotę za mnie) oraz pół godziny przygotowywania dodatków.

Oprócz wywaru chciałam również dopracować recepturę na aromatyzowany olej. Jak wiadomo tłuszcz jest nośnikiem smaku, więc mała łyżeczka tego dobrze przygotowanego składnika może dać ogromnego kopa warzywnemu wywarowi. Czemu wywar jest wegański? Odpowiedź jest najprostsza na świecie – bo takie akurat składniki miałam w lodówce. Odpowiednio przygotowane i doprawione warzywa zamienione w bulion mogą bez problemu konkurować z mięsnymi bulionami. Nie są ich zamiennikiem – są totalnie innym przeżyciem i polecam spróbować nawet najzagorzalszym mięsożercom!

Co do dodatków, pewnie nie uwierzycie, ale będziemy mieli trzy różne propozycje warzyw. Oczywiście obowiązkowe u mnie o tej porze roku szparagi, których mam całą lodówkę, trochę pieczarek oraz kukurydza. Powiem jednak szczerze, że nie one są tu gwiazdami w tym daniu, a tylko małym dodatkiem zapewniającym różnorodność struktur. Większość smaku ukryłam w oleju oraz bulionie.

Na zakończenie powiem, że mój wczorajszy eksperyment zaspokoił mój głód na zupkę chińską w 1000%. A sam olej smakował i pachniał tak dobrze, że z pewnością nie będzie to ostatni słoik, jaki zrobiłam.

Czego potrzebujemy? Bulion warzywny

Poniżej przedstawię Wam to co ja użyłam w swoim bulionie. Oczywiście możecie to traktować jako pewną wskazówkę i zwiększać/zmniejszać ilości składników, lub po prostu dodać to, co akurat macie w lodówce. Ja chciałam znaleźć sposób na pozbycie się końcówek szparagów, które mroziłam sobie od początku szparagowego sezonu (a Ci, co śledzą mnie na Facebooku <link tu> wiedzą, że sporo ostatnio ich jem!). Jeżeli nie macie takiej ilości końcówek śmiało możecie użyć ich mniej, przykładowo z jednego pęczka. Możecie też je pominąć, ale szczerze polecam dodać choć odrobinę. Poniżej lista moich składników:

  • około 3 garści końcówek zielonych szparagów,
  • 3 plasterki większego korzenia imbiru,
  • 3 ząbki czosnku,
  • 2 ząbki czarnego czosnku (opcjonalnie),
  • 3 pałeczki selera naciowego,
  • jeden średni korzeń pietruszki,
  • średni por (cały, biała oraz zielona część),
  • kilka cebulek pozostałych z pęczku szczypioru (można zastąpić jedną zwykłą cebulą lub dwoma szalotkami),
  • 3 średniej wielkości pomidory, mogą być przejrzałe,
  • przyprawy: gwiazdka anyżu, 3 ziarna kardamonu, łyżeczka suszonych liści curry (opcjonalnie), pół łyżeczki ziaren czarnego pieprzu, pół łyżeczki ziaren kolendry, dwie małe suszone papryczki chilli,
  • do wykończenia zupy: sos sojowy około 3 łyżki, dwie łyżki pasty miso, łyżeczka MSG (można zamienić na sól) oraz 200 ml mleczka kokosowego.

Zaczynamy!

  1. Garnek, w którym będziemy gotować (najlepiej nie mniejszy niż 5 litrów) postawić na palnik i zagrzać w nim odrobinę bezwonnego oleju (najlepiej rzepakowego). Następnie wrzucić do niego pomidory w całości i chwilę podsmażyć aż skórka się zarumieni.
  2. Wszystkie warzywa umyć. Czosnek przekroić na pół (nie trzeba obierać z łupiny), pietruszkę, seler naciowy, cebulę oraz por pokroić na mniejsze kawałki. Nie trzeba ich drobno siekać. Wszystkie warzywa wrzucamy do pomidorów i delikatnie przysmażamy, aby nadać im dodatkowego aromatu. Kiedy wszystko jest pięknie zarumienione dorzucamy przyprawy, zalewamy wszystko wodą do wysokości warzyw i gotujemy pod przykrywką na małym ogniu przez około dwie godziny.
  3. Po dwóch godzinach zdejmujemy garnek z ognia i odcedzamy warzywa od bulionu. Kiedy będziecie to robić przez sitko postarajcie się odcisnąć dobrze warzywa – tam również kryje się dużo smaku! Następnie już bez gotowania doprawić zupę pastą miso, sosem sojowym, MSG oraz mleczkiem kokosowym. Wszystko powinno się połączyć od samego mieszania, jednak gdybyście mieli problem z dokładnym połączeniem mleczka kokosowego lub pasty miso – użyjcie śmiało blendera. Pasta miso traci swoje lecznicze właściwości po zagotowaniu, więc od tego momentu podczas podgrzewania zupy starajcie się nie doprowadzić jej do wrzenia.

I bulion gotowy! Pora przejść do kolejnej gwiazdy dania…

Czego potrzebujemy? Aromatyczny olej chilli

  • 2 ząbki czosnku (ja użyłam czarnego, ale można użyć świeżego),
  • jedna szalotka,
  • gwiazdka anyżu,
  • dwa ziarenka anyżu,
  • 3-4 łyżki (w zależności jaki stopień ostrości lubisz) płatków chili – ja użyłam papryki Gochugaru zmieszanej z wędzonymi płatkami chili,
  • dwie łyżki suszonej trawy cytrynowej,
  • pół łyżeczki soli,
  • 200 ml oleju rzepakowego lub oliwy z oliwek.

Zaczynamy!

  1. Do małego rondelka wlać olej. Dorzuć do niego od razu gwiazdkę anyżu, ziarna kardamonu, czosnek w całości oraz przekrojoną na pół szalotkę.
  2. Olej postawić na średnim ogniu. Wszystko powinno się smażyć do momentu, aż szalotka będzie bardzo zarumieniona, wręcz brązowa. Nie próbuj jednak przyspieszać tego procesu i od razu nagrzewać na wysokim ogniu – wolne podgrzewanie pomaga lepiej infuzować olej.
  3. Do słoika wsyp płatki chili, trawę cytrynową oraz sól.
  4. Kiedy olej będzie już gotowy, przefiltruj go do słoika. Wymieszaj go dokładnie z przyprawami. Gdy ostygnie, przechowuj go zakręconego w lodówce (wytrzyma nawet kilka tygodni).

Dodatki

Oprócz wywaru i oleju, w moim talerzu znajdziesz jeszcze:

  • makaron – tutaj wybrałam gotowy makaron do ramenu, gotuje się go zgodnie z instrukcją na opakowaniu (u mnie 3 minuty) więc jest to błyskawiczne rozwiązanie.
  • kukurydzę – puszkę kukurydzy zasmażyłam z solą na oliwie z oliwek. I tyle!
  • pieczarki – użyłam około 5 małych pieczarek brązowych na porcję zupy. Zostały tylko podsmażone z posiekaną szalotką na odrobinie oliwy, przyprawione solą.
  • szparagi – 4 szparagi pozbawione końcówek zawinęłam w folię aluminiową przyprawione oliwą, solą oraz pieprzem. Zapiekałam je 30 minut w temperaturze 170 stopni. Na talerzu posypałam je siekanymi orzechami.

A wszystko na talerzu wygląda jak małe dzieło sztuki! Najpierw wyłożyłam makaron, na to wszystkie dodatki, delikatnie zalałam bulionem i na samą górę polałam łyżką oleju oraz posypałam szczypiorem. Sami zobaczcie poniżej, jak pięknie to wygląda!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.